— To nie jest argument. Mogło być ich pierwotnie dwóch i jeden wrócił przed waszą wyprawą.

— To bardzo skomplikowana hipoteza. Po cóż by wychodzili na zewnątrz? I to o tak późnej porze? To trudna wyprawa, wymagająca dobrego orientowania się w górnych pomieszczeniach, no i kluczy.

— Nie wiem, ale przypuszczam, że policja wkrótce to wyjaśni — odparł prezydent. — Ale… wracając do pańskich słów: „po cóż mieliby wychodzić na zewnątrz i o tak późnej porze”. A dlaczego wy troje wychodziliście na zewnątrz? I o tak późnej porze? Hę? — uśmiechnął się, lecz w oczach jego nie było już dotychczasowej dobroduszności, lecz tak znany Krukowi, zimny, twardy wyraz.

— To ma być przesłuchanie? — zapytał Bernard patrząc prosto w oczy prezydentowi. Ten wytrzymał jego wzrok i ze spokojem odrzekł:

— Ależ skąd! Przecież sam pan, mój chłopcze, sprowadził rozmowę na dochodzenia dotyczące waszego wypadku. No, ale nie gniewaj się, że jeszcze raz, tak po przyjacielsku, zapytam cię: po coście leźli na zewnątrz?

Lecz Bernard miał dosyć ślizgania się jak wąż wokół tego, o czym każdy z nich myślał, a czego nie chciał powiedzieć.

— Chce pan wiedzieć, czego szukaliśmy? — powiedział wolno. — Prawdy… Tylko prawdy. Spodziewał się, że Summerson zastosuje „unik” w rodzaju „nie rozumiem” i już szykował drugie uderzenie, gdy prezydent z tym samym uśmiechem na ustach niespodziewanie skrzyżował ostrze:

— I… znalazł ją pan?

— Tak — skinął głową konstruktor.

— Kiedy pan przystąpi do ostatecznego montażu przebudowanych urządzeń miotaczy? Kruk mniej by się zdziwił, gdyby w tej chwili nastąpił jakiś kosmiczny kataklizm. Pytanie prezydenta było tak niespodziewane i pozornie bez związku z dotychczasowym tokiem rozmowy, a zarazem tak kluczowe, że Bernard czuł się zupełnie wytrącony z równowagi. Przez dłuższą chwilą uczucie własnej bezsilności mieszało się z podziwem dla Summersona.