— Kiedy pan przystąpi do montażu? — powtórzył pytanie Summerson. Bernard postanowił grać na zwłokę.

— To nie ode mnie zależy.

Przez twarz prezydenta przebiegł błysk zadowolenia.

— Doktor Bradley twierdzi, że po ostatnim zastrzyku w ciągu kilku godzin wróci pan do pełni sił. Prześpi się pan teraz jeszcze ze dwie godziny. W tym czasie pański asystent przygotuje wszystko tak, aby gdzieś koło ósmej rano można było rozpocząć pracę na zewnątrz. Ja osobiście nie mam żadnych zastrzeżeń co do kontynuowania przez pana budowy. Chodzi mi tylko o pewną drobną sprawę.

— Kwestia dyskrecji? — zapytał Kruk czując, iż rozmowa wkracza najniespodziewaniej na dogodny dla niego grunt.

— Tak. Chodzi mi, jak z pewnością, konstruktorze Kruk, a nie wątpię, że również mój przyszły zięciu, rozumiesz dobrze — ciągnął wolno prezydent — chodzi mi o ścisłe zachowanie tajemnicy.

Wzmianka o ewentualnym małżeństwie ze Stellą nie zdziwiła Kruka. Ostatnie dwa dni wykazały, iż prezydent traktuje to jako przynętę, gdy chodzi mu o związanie go ściślej ze swymi machinacjami. Zdawał sobie sprawę, iż wszystkie obietnice Summersona to tylko bluff, a marzenie jego pozostaje tak samo nieosiągalne dziś, jak przed rokiem. Tajemnica musiała jednak być tak wielkiej wagi, że stary gracz uważał za słuszne dorzucenie i tego argumentu.

„Zobaczymy, jak zareaguje na mój atak” — pomyślał Bernard obserwując z uwagą zmiany w wyrazie twarzy Summersona, jakie występowały w miarę jego słów:

— Przyjmuję z radością pańskie zapewnienie, panie prezydencie, i przyrzekam całkowitą dyskrecję. Jednak w dalszym ciągu twierdzę, że termin przystąpienia do pracy nie zależy ode mnie. Zależy on od pana, panie prezydencie. Wiem, pan chce powiedzieć, że nie stawia żadnych przeszkód. Tym lepiej. Chciałbym jeszcze jednego zapewnienia z pańskiej strony, zapewnienia, które ma dla mnie decydujące znaczenie. Tylko pod tym warunkiem gotów jestem kontynuować pracę i zachować całkowitą tajemnicę.

— O co chodzi? — w oczach prezydenta pojawił się niepokój.