— Diabły! Czerwone Diabły.

— Czerwone Diabły?!

— To nie ulega najmniejszej wątpliwości.

Widać było niemal z każdego ruchu prezydenta, jak wielką satysfakcję sprawia mu wrażenie, jakie wywarły jego słowa na konstruktorze.

Bernard nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Czyżby istoty kierujące rakietą przybywały rzeczywiście spoza Celestii? Jednak jakie miał on, Kruk, podstawy do przypuszczania, że rewelacyjne twierdzenie prezydenta nie jest tylko trikiem?

Czuł swą słabość wobec takiego gracza, jakim był Summerson.

„Gdyby na moim miejscu był Horsedealer! — pomyślał z goryczą. — Ten by na pewno bez trudu stwierdził, co w słowach prezydenta jest prawdą, a co tylko bluffem. Ale ja?”

Horsedealer! Jak by w tej sytuacji zachował się stary filozof, tego z pewnością nie mógł Bernard przewidzieć, ale czyż nie mógł zaatakować przeciwnika argumentami Horsedealera? Nie miał złudzeń, że będą one w jego ustach tylko nędzną kopią, pozbawioną bogactwa i siły wymowy. Ale czyż on sam mógł coś więcej wiedzieć o owych diabelskich wysłannikach poza tym, co czytał w Biblii i słyszał od starego filozofa? Zresztą, może niedomówieniami uda mu się pokryć niepewność.

Przyjęcie postawy wolnomyśliciela wobec najwyższego zwierzchnika religijnego było krokiem ryzykownym, ale cóż Bernardowi pozostało? I tak Summerson sądził, jak wynikało z jego zachowania się, że Kruk wie dużo więcej, niż było naprawdę. Nie licząc też, że atak jego będzie jakimś specjalnym ciosem, a co najwyżej zmusi prezydenta do wyjaśnienia sytuacji, konstruktor ryzykował uwagę:

— Panie prezydencie, porozmawiajmy poważnie. Określenie, jakiego pan użył, jest określeniem biblijnym. Wątpię jednak, aby pan, człowiek głębokiej wiedzy i rzadko spotykanej jasności myślenia, wierzył w diabły. Przynajmniej tak, jak mówi o tym Biblia.