— Ja panią bardzo proszę. Koniecznie muszę się zobaczyć z Johnnym, i to jak najszybciej.

— Dobrze, już dobrze. Wyślę Lucy. Przecież ciebie tak nie zostawię. Zaraz ci przyniosę trochę zupy, co została ze śniadania.

— Ale po co? Dziękuję…

— Nie gadaj tyle — ofuknęła go szorstko i wybiegła z pokoju. Wróciła za chwilę, oświadczając, że córka jej poszła już po Malleta. Oparłszy Horsedealera o ścianę poczęła go karmić łyżką jak dziecko. Wodnista, ciepława zupa szybko przywracała zwątlone głodem i pragnieniem siły. Potok słów kobiety, która to gderając, to znów opowiadając swym zwyczajem nowinki krzątała się koło niego, wprawiał go w pogodny nastrój.

Naraz jakby z oddali wpadły w jego ucho słowa:

— Bo mój stary, jak wiesz, staruszku, już trzeci rok szwenda się bez roboty. Więc też się ucieszyłam, że Frondy podobno ma coś dla niego. Ale się okazało, że to tylko dlatego, że inni nic chcieli robić. No, więc mój stary, wiadomo, powiedział, że on na taką robotę nie leci. Po prawdzie, to miał rację, bo też nie Frondy, lecz Andy Olster i Johnny Mallet nam pomogli, gdy wtedy nas z tej dziury chcieli wywalać.

— To jeszcze się nie uspokoiło?

— Niby tak. Ale po prawdzie, to ludzie mówią, że ten wywiad Summersona to śmierdzi. Pewnie prezydent znowu coś nakłamał. I dlatego zbytnio się z robotą nic kwapią.

— Jaki wywiad? — Horsedealer spojrzał ze zdziwieniem.

— A to ty, staruszku, nie wiesz? Ach, prawda! Przecież ja od wczorajszego południa u ciebie nie byłam. No, więc Summerson ogłosił, że na Celestię lecą jakieś kule!