Horsedealer poruszył się niespokojnie.

— Jak on to powiedział? Kule? Czy nie określił ich bliżej jakimś przymiotnikiem? To znaczy — dodał wyjaśniająco — nie powiedział, jakie to są kule? Na przykład: szybkie, metalowe? Bo ja wiem, może nawet… zamieszkane?

Na twarzy kobiety odbiło się zdumienie. Ponieważ jednak Horsedealera uważała za dziwaka, nie zapytała nawet, co oznaczają jego słowa.

— Zaraz, zaraz… — zastanawiała się przez chwilę. — Coś jest z tymi kulami! Ale nie tak, jak ty mówisz, staruszku. Aha, już wiem. Summerson powiedział zdaje się… że one wybuchają.

Horsedealer został sam. Spojrzał na drzwi, które kobieta już zamknęła za sobą — widocznie śpieszyła się. A rad by ją o coś zapytać, chociażby o to, czy się nie przesłyszał.

— Te kule wybuchają! — powiedział sobie może piąty raz. — Bardzo ciekawe…

Nagle podniósł się gwałtownie na posłaniu, chciał biec, biec przed siebie do windy i jeszcze dalej, aż do miotacza. Tak. Tam na pewno jest Kruk. Trzeba natychmiast uprzedzić go, wyjaśnić. Niech, broń Boże, nie przebudowuje miotacza!

Oczywiście — rozumował — kula może oznaczać tylko rakietę. Chodzi tu widocznie o ciało harmonijnych kształtów, prawdopodobnie kształtu pocisku. Bo przecież bryły kosmiczne pochodzenia naturalnego, chociażby duże, są nieforemną masą metalu lub kamienia. Kula ta jest wybuchająca dlatego, że przecież, o ile owi tajemniczy kosmonauci chcą zetknąć się z mieszkańcami Celestii, muszą zahamować. Prawdopodobnie wylecieli z Towarzysza Słońca później niż my, a więc na to, aby znaleźć się, bądź co bądź, blisko nas, prędkość ich statku musi l-z:: większa od prędkości Celestii. Przy hamowaniu musi działać silnik. Przez dyszę wylatuj;) strumienie gazów, podobnie jak w rakiecie Summersona.

Stary filozof zastanowił się. Coś mu jeszcze nie pasowało.

A dlaczego „kule” — w liczbie mnogiej? To prawdopodobnie Margaret się przesłyszała. Trudno przypuścić, żeby lecieli w kilku pojazdach. Chociaż…