Bradley wykonał polecenie. Dochodząc do miejsca, gdzie stał dozorujący policjant, usłyszał donośny okrzyk:
— Stój! Kto idzie?
— To ja! Profesor Bradley.
— Czy nie wie pan, co się stało ze światłem? Kolega poszedł po latarkę. Pan profesor może ma zapasową?
— Nie mam — odparł uczony.
Otworzył drzwi z klucza i spokojnie wszedł do środka. Usłyszał za sobą suchy rozkaz:
— Ręce do góry, rzucić broń! Naprzód!
Nie był zwrócony do niego. Zobaczył przerażonego strażnika, który szybko wepchnięty do pokoju i oślepiony blaskiem, stał pewien czas bezradnie, wreszcie wykrztusił błagalnie:
— Nie zabijajcie mnie.
— Nie oglądać się! Bądź posłuszny, to nie spotka cię nic złego.