— On był, a właściwie jest, normalny, ale…
— Mów jaśniej! Co ten policjant robił takiego, że poczytujesz go za wariata?
— Okropnie się przestraszył. Ale nie pistoletu. I nie ludzi!
— Tylko kogo? Diabła? Godston nie zaprzeczał.
— No co? Czerwonego Diabła zobaczył? — ironizował Summerson. Dyrektor policji speszył się.
— Bo ja wiem…
— No?
— Właściwie nie czerwonego, tylko… fioletowego.
Summerson drgnął i uniósł się raptownie na fotelu. Godston mimo woli uchylił głowę, jak gdyby chciał uniknąć ciosu, choć prezydent się nie zamierzył. Dyrektor policji dotknął w tej chwili językiem sztucznej szczęki — wspomnienia po wybiciu mu zębów przez Summersona parę lat temu, kiedy nie dość sprawnie wypełnił jego polecenie, a miał pecha natrafić na zły humor wuja.
Prezydent nasrożył się i przez zaciśnięte usta plunął tylko jednym słowem: