— Zamknij się — warknął agent. — A to czyje? — podsunął chłopcu pod nos mały, złoty pierścionek
— Nie wiem — wyszeptał Tom, a z twarzy jego można było poznać, że mówi prawdę.
— Mniejsza o to. Zresztą sprawa jest już i tak jasna — rzeki pulchny jegomość podnosząc się z tapczanu. — A ty, chłopcze, pamiętaj, że jeśliś kłamał, to się to wkrótce wyda, a wtedy każę ci tak zerżnąć tyłek, że nie będziesz mógł siedzieć przez cały miesiąc. No, Mallet, ustawaj! — zwrócił się do Johna. — Jesteś aresztowany.
Mężczyźni siedzący przy stole podnieśli się z miejsc. Jeden z. nich wsunął do teczki jakieś papiery zabrane ze stołu.
Trzech agentów wyprowadziło Johna Malleta, a pulchny inspektor podszedł do chłopca i chwytając go za guzik przy bluzie powiedział z groźbą w głosie:
— Nigdzie z domu nie wychodź, a gdy przyjdzie matka, powiedz jej, aby na razie też pozostała w mieszkaniu. Pamiętaj!
Wyszedł zasuwając za sobą z trzaskiem drzwi.
Tom pozostał sam. Stał nieruchomo na środku pokoju i czuł, jak łzy cisną mu się pod powieki. Próbował je opanować, lecz napięcie nerwowe towarzyszące ostatnim przeżyciom było zbyt silne.
Gwałtownie przypadł do tapczanu, na którym sypiał ojciec, i przycisnąwszy twarz do poduszki zaniósł się szlochem. Nie próbował już powstrzymywać łez i jakby chciał wraz z nimi zrzucić z serca całą rozpacz i lęk — szukał ukojenia w płaczu.
Naraz poczuł czyjeś delikatne dotknięcie. Jakaś ręka głaskała go po włosach.