Okrążył duży kwietnik i wszedł do parku. Tu również przechadzał się kilka minut uważając, aby nie spotkać któregoś z kolegów, co mogłoby skomplikować wykonanie zadania.
Wreszcie dotarł do windy centralnej. Czerwona lampka, płonąca nad wejściem, wskazywała, że winda jest w ruchu.
Tom położył rękę na guziku i czekał, aż lampka zgaśnie.
Za drzwiami rozległ się jednak charakterystyczny szczęk i w małym, okrągłym okienku ukazało się światło. Ktoś wysiadał właśnie na tym poziomie.
Drzwi rozsunęły się i ku zaskoczeniu Toma stanął w nich Jack — „prezydent” w towarzystwie Mary Brown i jeszcze dwóch chłopców.
— Czemuś nie przyszedł na skwer?! — zawołał Jack. — Wszyscy przyszli, tylko ty jeden nawaliłeś! Zaniedbujesz się w obowiązkach członka naszej bandy — powiedział z wyniosłą surowością, jak przystało czołowemu przywódcy grupy chłopców, zwłaszcza w obecności innych kolegów. — Za karę… — zastanawiał się chwilę —…przez tydzień będziesz stale dozorcą jeńców.
— Nie mogłem przyjść… Ja… naprawdę nie mogłem.
— Co znaczy „nie mogłem”? — przerwał mu Jack. — Matka cię zatrzymała, czy co? To trzeba było zwiać! Ciamajda jesteś.
— A żałuj — wtrąciła Mary — żeś nie przyszedł. Pewno nie wiesz, dlaczego światło zgasło?
— No?