Wszędzie panowała niczym nie zmącona cisza. Przeszli na palcach korytarzem o wygiętej podłodze do zakrętu. O kilka metrów od nich znajdowały się drzwi windy. Korytarz biegł dalej i kończył się nowym zakrętem.

Bernard wyjrzał ostrożnie zza węgła. Nikogo w pobliżu windy nie było. Nie paliła się również czerwona lampka nad wejściem.

— Masz tu elektryt i gdybyś zauważył tam kogoś podejrzanego, strzelaj z miejsca — Bernard zwrócił się szeptem do Roche'a wskazując przeciwległy zakręt. Zachowując się sam jak najciszej, podszedł do drzwiczek i nacisnął guzik w ścianie. Czerwona lampka zapłonęła sygnalizując, że winda biegnie w górę.

Licząc w nerwowym napięciu sekundy Bernard oczekiwał nadejścia wagonika. Wreszcie w okienku ukazało się światło i rozległ się szczęk otwierających się drzwi.

— No, teraz prędko! — zawołał konstruktor i naraz okrzyk zamarł mu na ustach.

W otwartych drzwiach windy, z pistoletami skierowanymi w jego stronę, stało dwóch mężczyzn w ochronnych kurtkach.

— Łapy do góry! — wrzasnął jeden z nich, lecz w tym samym momencie rozległ się charakterystyczny dźwięk elektrytu. Oślepiająco biała iskra uderzyła w drzwi windy.

Bernard odruchowo przypadł do ziemi.

Znów trzaski strzałów wstrząsnęły powietrzem. Ujrzał, jak policjanci cofnęli się w głąb windy strzelając w kierunku zakrętu, skąd usiłował razić ich pociskami elektrycznymi Roche. Nie chcieli zbytnio ryzykować, gdyż przeciwelektrytowe kurtki tylko częściowo zabezpieczały przez działaniem tej groźnej broni.

Podniósłszy się ostrożnie z ziemi Bernard stanął przy ścianie. Znajdował się poza zasięgiem ognia policjantów, jednak dotarcie do towarzyszy było niemożliwe. Nagle zabłysła mu w głowie zbawcza myśl.