Dean pozostał sam. Zrobiło mu się trochę nieswojo, chociaż towarzysze znajdowali się tylko o piętro wyżej i mieli wkrótce wrócić.

Drażniła go cisza panująca na dole. Jeszcze kilka minut temu słyszał szmery dochodzące z poziomu 98, teraz jednak policjanci nie zdradzali niczym swej obecności. Najbardziej obawiał się tego, że mogą otworzyć klapę w momencie, kiedy Ber lub Tom znajdować się będą na drabinie wprost nad włazem. Teraz, gdy cisza stawała się coraz bardziej niepokojąca, pragnął, aby już wreszcie spróbowali otworzyć.

„Coś pewnie knują — przebiegło mu przez głowę. — A gdyby tak odsunąć nieco klapę i zobaczyć, co się tam dzieje?”

Przybliżył się do otworu i sięgnął w kierunku guzika. Nim jednak zdążył go dotknąć, nastąpiło to, czego się najmniej spodziewał.

Klapa nagle odskoczyła i przez okrągły otwór wpadł ukośnym łukiem tuż przed nosem Deana rzucony z dołu podłużny, szklany przedmiot.

Astronom odskoczył gwałtownie w tył.

Przedmiot, rzucony z rozmachem, uderzył o ścianę i z głuchym trzaskiem pękł.

W miejscu, gdzie eksplodował, ukazał się niebieski obłok, który począł się szybko rozpływać w powietrzu. Dean wiedział, że gaz ten używany był nieraz do zwalczania plagi dzikich królików niszczących plantacje na rolniczych poziomach.

Nie było chwili do stracenia.

Gwałtownym ruchem zatrzasnął klapę i jednym skokiem znalazł się na szczycie drabiny. Krztusząc się dotarł do warsztatu i zasunął otwór.