— Dean! Ber! Tam jest radio — mówiła, łapiąc z wysiłkiem powietrze. — Może oni żyją! Może uda ci się… — urwała i przybladła. Nagle jęknęła i zatoczyła się usiłując wesprzeć zdrową rękę o krawędź blatu.
Dean pochwycił ją w ramiona. Osunęła mu się na ręce. — Ona tu umrze… — podniósł wzrok na Kruka. — Daj pistolet! Idę! — powiedział Bernard.
Głuche, gardłowe ujadanie poderwało Stellę z posłania. Przecierając zaspane powieki usiłowała uświadomić sobie, co się z nią dzieje. Gwałtownie przerwany sen mieszał się w chaotyczną gmatwaninę z rzeczywistością.
Co się właściwie stało? Jeszcze przed chwilą widziała w marzeniu sennym uśmiechniętą do niej twarz Bernarda. Trzymając się za ręce, dążyli gdzieś długim korytarzem. Było jej tak dobrze… Naraz jakiś bezkształtny, czarny cień zagrodził im drogę. Rosnąc w ludzką postać rozpostarł dwie postrzępione płachty — ręce. Ujrzała wykrzywioną szyderczym uśmiechem twarz starej wiedźmy, tak często występującej w opowieściach Greena.
Stella czuła, jak ogarnia ją gniew. Rzuciła się naprzód chcąc zetrzeć w proch staruchę. Lecz oto zamiast pomarszczonej twarzy ujrzała przed sobą gniewne oblicze ojca.
„Chodź ze mną! — zagrzmiał jego głos. — Los Kruka jest przesądzony”.
Cofnęła się z przestrachem kryjąc twarz w ramionach Bernarda.
„Chodź ze mną!” — uderzył głucho w uszy głos ojca. Zadrżała. Uczuła na ramieniu uścisk ręki. Spojrzała z przerażeniem. Bernarda nie było już obok niej. Jego mała, skurczona postać spadała gdzieś w przestrzeń kosmiczną.
„Chodź ze mną! — rozkazał ojciec. — Dlaczego zdradziłaś Celestię?”
Ogarnęła ją miażdżąca wolę niemoc. Opuściła z pokorą głowę.