Przebiegł niepewnie wzrokiem rzędy pudełek i flaszek. Co właściwie miał wybrać? Słabo się orientował. Zauważył jakąś buteleczkę, której wygląd wydał mu się znajomy. Wyciągnął po nią rękę, lecz oto rozległo się ciche pukanie.
Odsunął drzwi i zatrzymał się w progu. Na środku pokoju stała Stella, trzymając za obrożę cętkowanego doga. Pies zjeżył się na widok Bernarda, ale spokojne, pieszczotliwe słowa dziewczyny robiły swoje:
— Cicho, Gree, cicho. Co ty, stary, nie poznajesz Bera? Spokój, Gree! To przecież Ber. No, zobacz. Czegoś się tak rzucał?
Pies spoglądał raz po raz w oczy swej pani, to znów na Kruka, jakby się zastanawiał, co robić. Bernard wyciągnął rękę i podszedł do psa.
— Czegoś taki zły, Gree? Uspokój się. No, już! Dobrze? Położył dłoń na łbie doga. Pies wyszczerzył kły, cofając się.
Przekonawszy się jednak, że przybyły nie boi się go, odwrócił niepewnie łeb i, spoglądając spod oka, warczał z cicha.
— Gree, połóż się! — rozkazała Stella puszczając obrożę. Pies postąpi! parę kroków i przywarował na dywanie nie spuszczając wzroku z intruza,
— Chciałam go zamknąć w gabinecie ojca, ale się rzucał i robił straszny hałas. Nie było wiec innej rady, jak zawrzeć przyjaźń — uśmiechnęła się do Bernarda.
— Ojca nie ma?
— Nie. Gdzieś wyszedł. Jesteśmy sami.