— Cóż mi może grozić? Jestem córką prezydenta. I Daisy też u mnie będzie bezpieczna — powtórzyła. — Przypuszczam, że ta cała historia z miotaczem zakończy się za parę dni, a wtedy będzie łatwiej znaleźć jakieś wyjście. Najważniejsze zresztą w tej chwili jest to, że tam mogę sprowadzić pewnego felczera, który zajmie się chorą.
— Ale on jej nie wyda?
— To człowiek zaufany. Za pieniądze zrobi wszystko. I język dobrze trzyma za zębami. Szkoda czasu na dłuższą naradę, bo jeśli ojciec wróci, to się wszystko skomplikuje. No więc?
Dean wahał się chwilę, lecz rozumiał, że Stella ma rację.
Jednak nie mógł opanować niepokoju, gdy opuszczał wraz z Bernardem sypialnię Stelli, gdzie ułożono na tapczanie chorą.
Na palcach przebiegli długi hali i minąwszy szybko wąski korytarz znaleźli się w gabinecie prezydenta. Dean trzykrotnie uderzył w ścianę poniżej oprawionego w grube ramy planu Celestii.
Zamarli w oczekiwaniu.
Ściana rozsunęła się bezszelestnie. W przedsionku oczekiwał Tom.
— Ciekawe, jak się otwiera tę ścianę od strony gabinetu? — mruknął Bernard, gdy znaleźli się w centrali. — Trzeba będzie to zbadać.
— Co mówisz? — zapytał Dean wyrwany z zamyślenia.