— Z Ziemi. Z tej samej Ziemi, z której wylecieli wasi przodkowie.

— Z Ziemi? — powtórzył Bernard.

— Przecież tam… jest… piekło — dodał drżącym głosem Tom.

— Ciiicho — syknął mu w ucho Dean. Widocznie słowa Toma wywołały konsternację również wśród przybyszów z Ziemi, bo przez chwilę panowała cisza.

Lecz oto nagle — odezwał się znów ten sam głos:

— Więc wy myślicie, że na Ziemi jest… pieklą? l dlatego uważacie nas za „nieczyste siły”? Bernard skonstatował ze zdziwieniem, że w głosie rzekomego „diabła” przebijała nuta wesołości.

— Słuchajcie! Mieszkańcy Cele s t ii! — ciągnął dalej kobiecy głos. — Przemawiają do was tacy sami ludzie jak wy! Ziemia nie jest piekłem! Żyją na niej ludzie tak jak przed wiekami, kiedy budowano waszą Celestię.

— Więc to nieprawda, co mówi Biblia o Ziemi? — nie wytrzymał Roche. — Więc wy jesteście ludźmi?

— Powtarzam: jesteśmy ludźmi, lecimy z Ziemi, która nie tylko nie jest żadnym legendarnym piekłem, ale stała się jeszcze piękniejsza, niż była przed czterema wiekami, gdy wasi przodkowie opuszczali Układ Słoneczny. Stoją jak stały Waszyngton, Nowy Jork, Paryż, Moskwa, Londyn, Warszawa…

— Waszyngton? — przerwał gwałtownie Kruk. — Więc to prawda, co mówił… — urwał nagle. Straszna myśl zgasiła nagły przypływ radości. Oni tu spokojnie rozmawiają, a tam Summerson może już w tej chwili wydaje wyrok zagłady na tych ludzi. Bo że są to ludzie, Bernard zdawał się już nie mieć wątpliwości.