— Ja… ja — jąkał się przerażony Brown — wszystko powiem… Przysięgam na żonę, na Boga, na wszystko — wyrzucał pośpiesznie z siebie, jak gdyby się bał, że nie zdąży powiedzieć słowa, zanim upłynie pół minuty.
— A więc mów. Bez obawy — zachęcał prezydent. — Ja poznam, czy mówisz prawdę. Masz tu na zadatek pięć doliodów.
Summerson niedbale położył metalowy krążek na stole i pstryknięciem palca popchną! go w stronę policjanta. Ten spojrzał jakoś niepewnie, ale zdobył się na odwagę i szybko schował monetę do kieszeni. Ośmielił się trochę.
— Może ja kłamałem, że diabeł… — zaczął. — Ale mnie się naprawdę tak wydawało…
— Mów dokładnie, co widziałeś. Więcej nie wymagam. Pełniłeś wtedy wartę na zewnątrz, przy drzwiach śluzy, tak?
— Tak, ekscelencjo.
Policjant oprzytomniał i choć wciąż jeszcze był wytrącony z równowagi strasznymi przeżyciami dnia, rozpoczął nieco chaotyczną opowieść:
— To było jakieś — zastanowił się — trzy godziny temu. Pan Bradley pracował na miotaczu, a ja byłem przy wejściu, kiedy tamci bandyci…
— Wiem — przerwał Summerson. — Chcieli porwać konstruktora.
— No tak. Patrzę, jeden stanął koło mnie na pomoście…