— Proszę strzelać. Czekam na wyniki. Daremnie jednakże prezydent wpatrywał się uporczywie w blade światło matowej lampy, aby nie przeoczyć charakterystycznego mrugnięcia.
Summerson zniecierpliwił się. Mógłby nie trafić od razu, ale on dotąd jeszcze nie strzelał! Co u diabła?
— Halo, Bradley? Tak… No i co? Co? Nie działa? Niech pan natychmiast naprawi to uszkodzenie! Natychmiast! Tyś umyślnie zepsuł! Przekupili cię tamci obietnicami, których wiadomo, że nie dotrzymują.
— Ależ ja nic nie rozumiem — ozwał się zalękniony głos Jima. — Jacy tamci mieli mnie przekupić? Spieszę się, jak mogę. Nie rozumiem, jak mogło nastąpić uszkodzenie miotacza. Przecież w nocy działał.
Prezydent ochłonął z pierwszego gniewu. Wydało mu się teraz, że straszeniem Bradleya popsuje całą sprawę, bo chłopak zlęknie się i ucieknie z obawy przed odpowiedzialnością. Postanowił więc grać na zwłokę, dopóki nie wyda odpowiednich instrukcji w tej sprawie Godstonowi.
— Dobrze, już dobrze. Wierzę panu, młodzieńcze! Czy w ciągu pół godziny naprawi pan uszkodzenie? No, to dobrze. Ale koniecznie. Czekam meldunku i życzę powodzenia.
Summerson zawiadomił Godstona, że Bradley z monterami są już na stacji rakiet, i nakazał roztoczyć nad nim nadzór policyjny. Uspokojony zadzwonił powtórnie do świeżo upieczonego konstruktora rządowego.
— No i co? Jeszcze pan się tu grzebie! Co takiego? Natychmiast jechać na nadpoziom! Daję panu 30 minut czasu, po tym zaś terminie zostanie pan aresztowany i skazany na śmierć za zdradę. Proszę nie próbować ucieczki, jest pan pod ścisłym nadzorem policji.
— Ależ… — rozległo się w aparacie.
Prezydent wszakże już tego nie słuchał. Zniszczyć rakietę! Zniszczyć za wszelką cenę! A potem zrobi porządek z tym durniem, który uczył się trzy lata u Kruka, a nie umie zastąpić go w robocie przez jeden dzień. A może Kruk umyślnie strzegł zazdrośnie swoich umiejętności? Wszystko jedno, tamten nie żyje, więc smarkacz będzie za niego odpowiadał.