Kiedy zastanawiał się, co robić dalej, do gabinetu wszedł bezszelestnie lokaj. Stanął przed swoim panem, skłonił się usłużnie i nachylony w kierunku ucha „pierwszego władcy świata”, powiedział szeptem:

— Ktoś jest w pokoju panny Stelli. Śpi tam.

— Kto?

— Zdaje się, że ten sam.

— Ten, co był w nocy? — zdziwił się prezydent. — Aż do tej pory?

— Nie jestem pewny. W każdym razie ktoś tam jest. Wyraźnie słyszałem, jak panna Stella do kogoś mówiła, ale nie przez telefon. A Gree jest przecież tutaj.

— Dobrze. Skoro przekonam się, że tak jest, dostaniesz dwadzieścia doliodów — prezydent machnął ręką lokajowi na znak, że ma już odejść.

To skandal, co ta Stella wyprawia! I to po tym, co jej mówiłem rano! Trzeba raz skończyć z tym pobłażaniem. Przecież te jej ekscesy mogą go drogo kosztować. Mało ma kłopotów z miotaczem, z niewolnikami i „szarymi”, nawet z Morganem i Mellonem?! Nie, dość już tego!

Szybkim krokiem podążył w głąb mieszkania, stanął przed drzwiami apartamentów córki i… zawahał się. „A jeśli to młody Handerson? Wszystko jedno” — pomyślał i pociągnął za klamkę.

Drzwi były zamknięte.