Kruk słuchał tego ze wzrastającym niepokojem.
Pierwszym jego odruchem było sięgnąć do kieszeni.
Otworzył portfel. Gdy uczuł pod palcami prezydenckie zobowiązanie, nie rozumiał już zgoła nic. A więc nie wykradziono mu go? Kto w takim razie opublikował treść dokumentu? Summerson? Ktoś z jego najbliższego otoczenia? Raczej wykluczone. A więc ktoś od Greena. Ale kto? Przypomniało mu się, że widział Daisy na plaży. Czy możliwe, aby ona popełniła takie świństwo?
— Może byśmy się przespacerowali? — zaproponował Williams. — Sądzę, że mamy o czym pogadać.
— Jestem strasznie zajęty — odparł Bernard szczerze. — Nie myślcie, że unikam rozmowy z wami, przeciwnie, bardzo pragnąłbym podzielić się z kimś wątpliwościami, które mnie gnębią. Bo ja z tego wszystkiego bardzo mało rozumiem. Prawdę powiedziawszy nic. Ale, wierzcie mi, przede mną cała noc harówki.
Odmowa, chociaż umotywowana, nie odniosła skutku.
— Źle rozumujesz — podjął Schneeberg. — Te piętnaście minut, które chcemy urwać z twego czasu, na pewno cię nie zbawią. Skoro podjąłeś się, to znaczy, że zdążysz, taki już jesteś. Ta sprawa nasuwa nam wątpliwości różnego rodzaju. Obawiam się, że to nie jest rzecz błaha. Proszę cię, Ber, chodź z nami.
Nie czekając odpowiedzi ściągnął windę.
Po chwili drzwi stacyjki zamknęły się za nimi. Wagon centralnej windy pneumatycznej cicho i lekko unosił ich w górę. Minęli okręg handlowy, dalej instytuty rządowe, średniozamożną dzielnicę mieszkalną, ogrody warzywne i sady na 34 poziomie, skupiony na dwóch poziomach przemysł chemiczno-spożywczy, aż przebijając sufit za sufitem wjechali w strefę pól uprawnych.
Trzy poziomy należące do syndykatu Agro, na którego czele stali Mellon i Green, następnie 55 i 56 poziom Edgara Summersona. Zaraz za nimi rozciągała się reszta olbrzymich posiadłości grupy Agro.