— Mówiłem. Zaraz w pierwszej rozmowie. Ale on powiedział, że chyba musiało mi się przywidzieć. Ja jednak widziałem wyraźnie diabła.
— Widział pan? — Buck spojrzał z osłupieniem na Cornicka. — Więc to prawda, co u nas mówią?
— Widziałem, i nie tylko to. Przecież, gdyby nie ten diabeł, już by żaden z nas trzech nie oglądał świata bożego. Ten drań Edgar Brown byłby nas powystrzelał jak króliki. Aż to „coś”, ten diabeł, jak nie skoczy na niego. Brown strzela, a diabeł nic, tylko się zakręcił, ogonem machnął i na niego. Ani drań zipnął, choć zdaje się, że tamten go nie dotknął. Podobno teraz kuruje się w szpitalu.
— Ale co się z diabłem stało?
— Nie wiem. Zniknął.
— No, a Kruk co na to?
— Powiedział, że zapyta ich, co to było. Ale też się bardzo dziwił.
— To on z nimi rozmawia?
— Tak przynajmniej mówił. Zapanowało milczenie.
— Czy to diabły, czy nie diabły — rzekł Cornick — w każdym razie nam pomogły. Jeśli jeszcze pomogą nam wziąć za łeb Summersona, to gotów jestem śpiewać im psalmy. Może lepszy porządek naprowadzą na tym świecie.