— Panie Bright! Niech pan ją puści!

Policjant spojrzał ze złością na wysuwającego się spoza zakrętu Jacka.

— Tak was wszystkich spiorę, że długo mnie popamiętacie!

— Panie Bright, niech pan ją puści — powtórzył chłopak. — Czy pan chce, żeby…

— Co takiego? — wrzasnął grubas. — Ty, szczeniaku!

— Wolnego, panie Bright. Czy pan chce, żeby pańska żona wiedziała zawsze dokładnie, gdzie pan chodzi po pracy?

— Milcz, szczeniaku! — warknął policjant, ale w tonie jego głosu wystąpiła wyraźna zmiana. Puścił włosy Mary i tylko trzymał ją mocno za rękę.

— Dość tego! — rzucił z niesmakiem drugi policjant. — Nie będziemy ich przecież taszczyć do dyrekcji. Teraz nie czas na takie zabawy — uderzył trzymanego za kołnierz chłopca w kark tak silnie, że ten potoczył się na środek pomieszczenia. — Puść ją, Bili. Szkoda czasu. Tam stary czeka, a my tu marudzimy — zwrócił się do towarzysza. — Zajmiemy się nimi innym razem.

Bright skwapliwie puścił Mary.

— Zaraz tu wrócimy — zwrócił się do Jacka grożąc mu pięścią. — Żeby tu już nikogo nie było. Tym razem darujemy, ale jeśli zobaczymy was tu za dziesięć minut, to szkoda gadać. Ty sam za to odpowiesz.