— Co pan robi? — dobiegł z dołu zalękniony głos astronoma.

— Nic groźnego. Po prostu buduję sobie linię przesyłową z rezonatorów wielozakresowych, gdyż almeralit odbija fale elektromagnetyczne.

Lśniąca kula przez chwilę chwiała się nad otworem, po czym znikła we włazie.

— Tędy! — Jack znów usłyszał głos Roche'a.

— Zaraz. To, zdaje się, almeralit?

— Tak.

Trzask… Przez chwilę panowała cisza, potem znów przeciął powietrze dźwięk podobny do strzału. Jeden, drugi. Rozległ się metaliczny szczek jakby zatrzaśniętych drzwi windy… i cisza.

Upłynęło kilka minut, zanim Jack ochłonął na tyle, że odważył się podejść do włazu. Ostrożnie przykucnął nad otworem i spojrzał w dół. Pomieszczenie warsztatowe było puste. Czyżby wszystko to, co widział i słyszał przed chwilą, było przywidzeniem?

Pochylił się nad otworem opierając dłoń o podłogę.

Naraz odskoczył gwałtownie. Jego ręka, przesuwając się po zimnej, metalowej powierzchni, natrafiła nagle na rozgrzane, niemal gorące miejsce. Spojrzał i uczuł, jak strach znów poczyna chwytać go za gardło.