Na chropowatej, pokrytej grubą warstwą pyłu i smaru podłodze ujrzał błyszczący guzik, podobny do łebka dużej szpilki. Po drugiej stronie, z sufitu pomieszczenia warsztatowego, wystawał ledwo dostrzegalny, cienki koniuszek długiej igły, wbitej jakąś potworną siłą w twardą płytę almeralitu.

Zaciskając pięści Summerson krążył po swoim gabinecie jak w klatce. Im dalej posuwał się wieczór, tym więcej ciosów spadało na jego głowę.

Bunt niewolników, rozruchy w dzielnicach mieszkalnych, uszkodzenie miotacza i wreszcie ostatnie druzgocące odkrycie, że Kruk żyje i kieruje z pewnością buntem — wszystko to zupełnie wytrąciło Summersona z równowagi. Najboleśniej jednak odczuwał zdradę swej córki. Świadomość, że Stella uczestniczyła w spisku skierowanym przeciw niemu, napełniła go zgrozą. „Musi umrzeć” — powtarzał sobie. — „Nie jest już moją córką”. Lecz nie mógł się zdobyć na podjęcie ostatecznej decyzji. Bijąc się z myślami szukał rozpaczliwie jakiejś drogi wyjścia.

Rozruchy w dzielnicy „szarych” przybrały charakter powszechny. Akcja policyjna nie zdołała ich stłumić ani ograniczyć, do czego Godston przyznawał się otwarcie. Jedynym osiągnięciem policji, którym usiłował on zatuszować niepowodzenie, była ochrona pięciu poziomów wokół siedziby głównych potentatów Sialu. Godston zapewniał, że są one całkowicie bezpieczne, ale prezydent traktował to jako gwarancję wymuszoną strachem. Reszta Celestii ukazywała się jego wyobraźni jak wzbierający ropień, wobec którego zawodziły nawet najostrzejsze środki zapobiegawcze. Specjalnie niepokoiła Summersona przyniesiona osobiście przez Godstona wiadomość o opanowaniu przez zrewoltowany tłum stacji rakiet. Nie mógł dodzwonić się do Jima Bradleya, a resztki włosów jeżyły mu się na myśl, że może także i młody konstruktor znajduje się poza zasięgiem jego woli i groźby.

Na odgłos dzwonka w hallu prezydent otrząsnął się z ponurego zamyślenia. Do gabinetu wszedł Godston.

— No i co zeznała? — niecierpliwie rzucił prezydent.

— Niestety, na razie nie udało się jeszcze niczego z niej wycisnąć. Widocznie była zbyt osłabiona upływem krwi, bo zemdlała podczas badań.

— Cucicie ją?

— Tak. Felczer energicznie się uwija.

— Skoro wróci do przytomności, zajmiesz się nią osobiście. Musisz wydobyć z niej, co potrzeba. To kobieta, istota słaba, nie obdarzona ani siłą woli, ani stanowczym charakterem. Poza tym możesz nie przebierać w środkach. Nic mnie nie obchodzi, co z nią zrobisz. Gdy wydostaniesz z niej wiadomość o miejscu pobytu Kruka i Roche'a, postaraj — się, dopóki będzie żywa i zdolna do dalszego indagowania, stwierdzić prawdomówność jej zeznań. Sądzę, że dasz sobie z nią radę. Zresztą, ty lubisz takie zajęcia… Teraz drugie, nie mniej ważne zadanie: musisz skontaktować się z Jimem Bradleyem. Byłoby najlepiej, gdyby on mógł osobiście zameldować się u mnie.