— Wybacz… — Co?
— W obecnej sytuacji jest to niemożliwe. Po pierwsze nie wiem, co się dzieje na nadpoziomie, bo przyległe okolice są opanowane przez tłum. Prócz tego Bradley nie przedarłby się przez osiemdziesiąt poziomów. Zbyt wielu ludzi go zna i tłum ryczy jednogłośnie, że nie pozwoli przebudować miotacza. Mówią, że miotacz ma służyć zgładzeniu jakichś ludzi, którzy lecą w rakiecie. Nie sposób wytłumaczyć im, że są to idiotyczne brednie.
— Spróbuj jednak wysłać kogoś na stację rakiet. I zajmij się tą Brown. No, jazda. Godston wyszedł.
Summersona nie mogły tak łatwo zmiażdżyć niepowodzenia. Przypominał kota, który spada zawsze na cztery łapy. Tym razem jednak cios był bardzo silny. Summerson kochał Stellę. Było to uczucie bardzo szczególne: w silnej, samolubnej miłości do córki kochał swoją krew, przedłużenie swojego „ja”.
Teraz zastanawiał się jeszcze nad innym palącym problemem: jak prędko Daisy Brown wyda zbiegów? Dawniej uważałby to pytanie za bezsensowne: wiadomo, że słaba, zastraszona kobieta wszystko wyzna podczas pierwszego przesłuchania. Nie mogło być inaczej! Ale obecnie dawne pojęcia poczęły w jego oczach nabierać nowych wymiarów. Doświadczenie paru ostatnich dni wskazywało, że fakty podważały wiele prawd dotąd niewzruszonych, uświęconych autorytetem Biblii i jego osobistego przekonania. A co najgorsze, prawdom tym zaprzeczał tłum, jego nieposłuszeństwo, jego śmiała postawa…
Prezydent ciężko opadł na fotel. Myślał teraz znów o Stelli. Bał się, że jeżeli spojrzy na nią, może ulec podszeptom ojcowskich skrupułów i nie zachować się tak, jak dyktuje mu rozum.
Szamotał się dłuższą chwilę z własnym niezdecydowaniem, ze słabością, której sam się przed sobą wstydził. Z ciężkim sercem udał się wreszcie do pokoju córki.
Lokaj strzegący drzwi jej pokoju usłużnie się odsunął.
Dziewczyna podniosła się z fotela. Stali teraz naprzeciw siebie przypominając zapaśników, którzy lustrują się nawzajem przed walką. Prezydent wysilił się na uśmiech, opadł na kanapę i ręką wskazał córce miejsce naprzeciwko.
— Siadaj!