Nie doczekał się odpowiedzi. Połączył się więc z dyrekcją policji, każąc sobie przysłać inspektora śledczego.

— Wiedz, że prezydent jest dość potężny, aby nikt nie odważył się uważać za skandal tego, co zarządzi — wyrzucił z pasją. — No, powiedz wreszcie, gdzie oni są. Jeszcze masz czas…

Stella zacięła się. Minuty upływały. W drzwiach stanął inspektor Clips.

— No? — rzucił prezydent jeszcze raz w stronę córki. — A więc dobrze — zawyrokował, z wysiłkiem hamując gniew. — Będzie pan towarzyszył mojej córce do dyrekcji policji — oznajmił inspektorowi. I podchodząc do Stelli rzucił jej w ucho: — Tam z ciebie wycisną!

Dziewczyna poszła z inspektorem nie próbując stawiać oporu, milcząca, zastygła w nagłym osłupieniu.

Tymczasem Summerson połączył się z dyrekcją policji.

— Fred? Słuchaj! Przekazałem ci Stellę na przesłuchanie. Chodzi o to, że ona pewno wie, gdzie się ukrywa Kruk. Oczywiście nie rozmawiaj z nią sam, bo ciebie dobrze zna i to osłabiłoby wrażenie śledztwa. Wybierz kogoś inteligentnego. Masz Milda pod bokiem? Aha, no dobrze, to nie odrywaj go od pracy. A kogo proponujesz? Dwóch? Dobrze. Tak, oni się nadadzą. Uprzedź ich: mają do czynienia z córką prezydenta. Nie śmią, ma się rozumieć, ani jej uderzyć, ani zachowywać się tak, jak wy to umiecie. Niech działają tylko na wyobraźnię. Mogą badać przy niej tamtą, żeby wiedziała, co jej grozi. No, muszą pokazać swoją inteligencję. W razie powodzenia i awans, i premia. Skoro Stella albo ta reporterka coś wyśpiewają, donieś mi natychmiast.

Położył słuchawkę. Był trochę zły na siebie, że nie kazał Godstonowi zameldować sobie o przebiegu wypadków z okresu ostatnich 20 minut, dzielących go od poprzedniej rozmowy. Jednocześnie ważył w myślach jeszcze coś innego.

Wreszcie zdecydowanym ruchem sięgnął do telefonu i wezwał Godstona do siebie. Minęło jednak kilkanaście minut, a dyrektor policji się nie zjawiał. Coraz większy niepokój ogarniał prezydenta.

Nagle brzęczyk telefonu poderwał Summersona z fotela.