— Czekaj. Zaraz, zaraz — odparł Dean, ruchem ręki nakazując milczenie. — Ale się pieni. Upłynęła znów dłuższa chwila. Wreszcie Summerson skończył rozmowę.

— Groził Jimowi, że jeśli za pół godziny nie naprawi miotacza, odpowie za to głową — Dean powtarzał Krukowi posłyszane nowiny. — Jim w tej chwili udaje się z grupą monterów na stację rakiet.

— Połącz mnie z nr 27 i zawołaj Cornicka — rozkazał Bernard. Po chwili w słuchawkach rozległ się znajomy głos:

— Właśnie chciałem dzwonić. Policja, zdaje się, coś knuje, bo wycofała się z centralnych przejść. Również w dzielnicy murzyńskiej na razie spokój. Nie ruszają się.

— Słuchaj, Lett! Trzeba koniecznie zebrać większą grupę i obsadzić biuro oraz stację pojazdów rakietowych. Jeśli natrafią na policjantów, to niech natychmiast ich rozbroją. To samo trzeba zrobić, jeśli będzie tam Bradley z monterami.

— Monterzy Bradleya też już wiedzą, co się święci. To nasze chłopaki.

— Tym lepiej. Będzie łatwiejsza robota. A jak sytuacja z bronią?

— Jeszcze kiepsko. Mamy wszystkiego trzy Green-Bolty i dwanaście pistoletów, ale z pewnością uda się coś zdobyć na policjantach.

— Co z Morganem?

— Nic z tego nie wyszło. Chce, abyśmy poparli jego bojówki, a broni dać nam nie chce. Za to sporo elektrytów podrzucił różnym szczeniakom z dzielnicy handlowej. Mówi, że chętnie przyjmie naszych ludzi do swych grup. A na to, oczywiście, zgodzić się nie możemy.