Tylko przez wąską szparkę w pękniętych drzwiach migotało światło płonących za nimi pochodni.
— Dobrze! Dobrze! — dyszał Summerson. — Tchórze! Jeśli się boicie, to ja sam… Wyciągnął z kieszeni elektryt i przyskoczył do szpary. Wąska smuga światła załamała się na oksydowanej powierzchni pistoletu. Nim jednak zdążył wystrzelić, Godston podbił mu raptownie rękę.
Pistolet potoczył się na ziemię.
— Ty, chłystku! — Summerson uderzył dyrektora policji pięścią w twarz.
Lecz stało się coś, czego prezydent zupełnie się nie spodziewał. Godston skurczył się, podskoczył i trafił go głową w brzuch.
Summerson runął jak długi na ziemię, lecz nim zdążył wstać, posypały się na niego nowe ciosy.
To zdegradowany minister ochrony zewnętrznej śpieszył z pomocą Godstonowi. Trzy ciała skłębiły się na podłodze.
Wrzask, przekleństwa i głuchy odgłos ciosów zmieszały się z nową serią uderzeń w drzwi. Zgrzyt żelaza — i rozsadzana łomem szpara poszerzyła się.
— Drzwi! Drzwi pękają! — wrzasnął Mikę.
Lokaj i policjant skoczyli, by rozdzielić tarzających się po ziemi dygnitarzy.