Ostatni podniósł się prezydent. Nie było go stać nawet na jedno słowo groźby pod adresem „profanatorów najwyższej władzy”. Podbiegł do planu i gorączkowo począł stukać w guziki. Nie wierzył już, że to odniesie skutek, a tylko w obłędnym zapamiętaniu trzymał się kurczowo tej ostatniej deski ratunku.

Nieoczekiwanie zapłonęło zielonkawe światło. Ściana rozsunęła się cicho. Blask oświetlonego przedsionka raził w oczy.

Prezydent z radosnym okrzykiem skoczył naprzód. Za nim Godston, Kuhn, Mikę i policjanci.

Summerson pośpiesznie zatrzasnął ścianę. Nie było chwili do stracenia, bo tuż za nią rozległ się tupot nóg.

Poczuł się zupełnie bezpieczny. Gniewało go natomiast, że aż tylu niepowołanych ma wprowadzić do tajnych pomieszczeń, tak skrupulatnie maskowanych i strzeżonych. Ale musiał zdobyć się na ten krok.

„Trzeba jak najszybciej przeprowadzić ich do archiwum — myślał. — Nie powinni poznać tajemnicy centrali. Szafy archiwum są zamknięte, więc nie ma niebezpieczeństwa”.

— Za mną! — zakomenderował i pchnąwszy szybko drzwi przebiegł pośpiesznie przez centralę.

Otworzył małe drzwiczki, wszedł i nogi ugięły się pod nim. Zdało mu się, że oszaleje.

Stał u wejścia do archiwum jak skamieniały, blady jak płótno, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

Zaledwie o parę kroków przed nim, w jego fotelu, przed jego biurkiem „siedział” stwór, o którym opowiadał mu Edgar Brown.