W tę długą, niezwykłą noc, gdy nieustanny tupot czyichś nóg na korytarzu budził na przemian to nadzieję, to znów zwątpienie, William Horsedealer leżał samotnie w jakimś nieznanym miejscu. Serce ściskał bezsilny żal. Oto teraz, gdy nadeszła tak długo oczekiwana chwila, nie dane mu jest stanąć do walki o sprawę, która od wielu lat była jedyną treścią jego życia.
Na próżno usiłował przezwyciężyć bezwład ciała. Wiedział, że nie będzie mógł uczynić o własnych siłach nawet kroku.
— Gdzie ja jestem?
Na próżno wytężał wzrok: ciemność nie pozwalała mu zorientować się w otoczeniu.
Chociaż każdy ruch powodował dotkliwy ból, chciał jednak choć po omacku zbadać miejsce, w którym się znalazł.
Wyciągnął rękę. Natrafił na jakąś metalową rurę, która wydała mu się tak zimna, że odruchowo cofnął dłoń.
Znów za ścianą rozległy się kroki. Skupił myśli usiłując odtworzyć wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin. Pamiętał, że późnym wieczorem zwlókł się z posłania i ruszył chwiejnym krokiem wraz z falą postaci, dziwacznie pstrych w migotliwej łunie pochodni.
Tempo rozwoju wydarzeń sprawiło, że stracił kontakt z Malletem i innymi przywódcami Nieugiętych. Rozpoczęli akcję bez niego.
Ta myśl nie dawała mu spokoju. Nie dlatego, aby podejrzewał, iż zapomnieli o nim. Od Margaret dowiedział się o aresztowaniu Malleta i zajściach w dzielnicy murzyńskiej. Widocznie sytuacja wymagała natychmiastowego działania. Horsedealer rozumiał, że w pewnych wypadkach nie ma czasu na porozumiewanie się. Prócz tego po korytarzach krążyły patrole policyjne, co utrudniało łączność.
Jednak jego obecność wśród przywódców powstania była w tej chwili niezbędna. Czy Smith i Cornick potrafią dać sobie radę bez niego i Malleta? Każda minuta zwłoki może mieć ogromną wagę.