W przejściu, prowadzącym przez kręte schody na skwer Greena, powstał zator. Potrącany, śpieszący się, aby nie zostać w tyle, Horsedealer nagle stracił równowagę i runął ze znacznej wysokości. Przelotne oparcie się o zbitą ludzką masę osłabiło upadek, mimo to jednak doznał silnego wstrząsu i potłuczenia. Mógł być stratowany, ale dwóch robotników idących przed nim, których trochę poturbował spadając, podniosło go i ułożyło prawdopodobnie w jakimś magazynie.
Przeleżał tak w odrętwieniu wiele godzin, jak długo — nie wiedział.
Uniósł się nieco i uczuł piekący ból stłuczonego ramienia.
Raz po raz opanowywała go rozpacz, że leży w tym ciemnym lochu samotny i bezużyteczny. Horsedealer wmawiał w siebie, że jest zdrów i pełen sił, ale ból i wyczerpanie za każdym zrywem okazywały się silniejsze. Na domiar złego dokuczało mu coraz bardziej pragnienie.
Tupot na korytarzu znów wzmógł się, dały się słyszeć jakieś donośne męskie głosy, ale Horsedealer nie mógł zrozumieć, o czym mówią. Wydawało mu się, że ktoś kogoś woła. Miał ochotę zawołać na cały głos — może go usłyszą. Ściana korytarza jest cienka, pewnie blaszana, jak przeważnie na tych poziomach Celestii. Ale kto otworzy te drzwi? Jeśli policja? Co by się stało, gdyby spotkał agentów Summersona?
Po chwili tumult przycichł, jak gdyby, rozpłynął się w zapadającej ciszy.
„Jeszcze gorzej” — pomyślał Horsedealer. Dopiero teraz uczuł cały ciężar samotności. Już nawet krzyk nie pomoże, bo nikt go nie dosłyszy. Umrze sam w tej złowrogiej ciszy i ciemności. Umrze wtedy, kiedy tak bardzo powinien żyć i pomagać ludziom.
Czyimś pośpiesznym krokom zawtórował stuk otwieranych drzwi i snop jasnego światła wpadł z korytarza do wnętrza.
W otworze niskich drzwi ukazała się głowa.
— Jest tu kto? — zapytał mocny glos. Filozof przetarł oczy. Pośpiesznie, jak gdyby w obawie, że się spóźni, zawołał: