— Bradley czeka w hallu — wyjaśnił Lett.
Przed głównym wejściem do apartamentów prezydenta pełniło wartę czterech uzbrojonych strażników.
— Do prezydenta Kruka — oznajmił Cornick podchodząc do strażników.
— Prezydent nikogo nie przyjmuje — odrzekł jeden ze strażników zagradzając sobą wejście.
— Przychodzimy z polecenia ministra Malleta. Musicie nas wpuścić! — zdenerwował się Lett.
— To się dopiero okaże. Nam może rozkazywać tylko pan Williams albo sam prezydent. Strażnik kiwnął na kolegę, aby go zastąpił, i znikł we drzwiach.
— A tego po co tu taszczycie? — zapytał pogardliwie drugi strażnik wskazując palcem na leżącego na noszach Horsedealera.
— Mili! Mógłbyś mówić z większym szacunkiem o pierwszym doradcy prezydenta! — zawołał Lett.
Strażnik podszedł bliżej do noszy. Obrzucił rozbawionym wzrokiem wynędzniałą postać filozofa, podarte, poplamione ubranie i nie goloną od wielu dni brodę chorego.
— Nie lubię głupich żartów. Nie będziecie tu ze mnie idioty robić. „Doradca prezydenta!” A może minister? Znam tego starego dobrze…