Zapanowała na chwilę cisza, jak gdyby w oczekiwaniu dalszych słów nowego prezydenta, którą przerwała dopiero uwaga Davida:

— Na stanowiskach kierowniczych fachowość nie jest najważniejsza. Jednak uważam za niezbędne obsadzenie średnich i niższych stanowisk ludźmi wykwalifikowanymi.

— I ja tak sądzę — kiwnął głową z aprobatą Mellon.

— Czyli proponują panowie przejęcie całego aparatu policyjnego w spadku po Godstonie? — sprecyzował Kruk.

— Powiedzmy, nie całego — zastrzegł się pośpiesznie David.

— Elementy zdemoralizowane przez Summersona, szczególnie znienawidzeni szpicle, brutale, łowcy łapówek, zausznicy Godstona i agenci — nadzorcy w zakładach — nie powinni wrócić do policji — rzekł Green. — Jednak wielu policjantów to ludzie karni, sprężyści, zdyscyplinowani, którzy jeśli znajdą się pod właściwym kierownictwem, będą z pełnym oddaniem pracować dla nowego rządu.

— Póki nie zjawi się inny… — dorzucił z ironią Mallet, otaczając się kłębami dymu.

— Dlatego trzeba, oprócz funkcjonariuszy starej policji, powołać również nowych ludzi — odparł natychmiast Green. — Byliby to ludzie moi i Mellona, jak również pańscy ludzie, panie Mallet. Sądzę, że zaraz potem można powołać czarną policję.

— Co ty pleciesz? — ofuknął go Mellon.

— Stworzenie policji murzyńskiej zostało już zatwierdzone przez prezydenta Kruka — powiedział spokojnie John, z satysfakcją obserwując piorunujące wrażenie, jakie wywierają jego słowa na Mellonie i Davidzie.