— Kiedy?
— Trzy dni temu. W czasie pierwszych starć, na godzinę przed wyłączeniem centralnego reaktora — wyjaśnił Roche.
— Ależ wówczas jeszcze Summerson był u władzy!
— To nie zmienia sytuacji — rzekł Bernard oschle. — Przyrzekłem czarnym wolność. Między innymi również prawo do własnej policji. Decyzja moja jest nieodwołalna.
Mellon zgasił gwałtownie papierosa i wstał z fotela. Twarz mu spąsowiała.
— Wobec tego nie mamy co tu dyskutować — wyrzucił z siebie ochryple. — Nie po to obalaliśmy Summersona, aby…
Ale Green nie pozwolił mu dokończyć.
— Uspokój się! Jeśli będziemy się obrażać wzajemnie na siebie — do niczego nie dojdziemy. Morgan tylko czeka, abyśmy zaczęli się kłócić. W warunkach wyjątkowych przyszły prezydent miał prawo dawać przyrzeczenia. I powinien je dotrzymać, choćby to chodziło o Murzynów. Przejdźmy lepiej do konkretów. Nie sądzę, aby prezydent miał zamiar powoływać policję murzyńską jako zupełnie oddzielny aparat. Raczej chyba będzie ona podlegać wybieranemu właśnie teraz dyrektorowi całej policji. Czy tak? — zwrócił się do Kruka.
Bernard skinął głową.
— No, na to w ostateczności można się zgodzić — rzekł Mellon siadając znów w fotelu. — W żadnym jednak przypadku nie można dawać czarnym broni do ręki.