— Niech i tak będzie — rzekł pojednawczo Kruk, unikając gniewnego spojrzenia Malleta. -Zresztą wszystkie szczegóły omówimy i ustalimy z Daltonem i Cornickiem, których kandydatury uważam za przyjęte.
Nie było sprzeciwu.
— Do organizowania policji trzeba przystąpić jeszcze dziś — ciągnął Bernard. — Musimy się śpieszyć, gdyż Morgan kategorycznie odmawia rozwiązania swych bojówek, dopóki inne grupy nie oddadzą broni. A przecież nie możemy liczyć tylko na straż prezydencką. Nieugięci zdadzą broń w ten sposób, iż do policji włączona będzie uzbrojona grupa, która zbierze następnie resztę broni od swych kolegów. To samo, sądzę, powinni zrobić ludzie Agro. Murzyni zdadzą broń na ręce Nieugiętych, którzy przekażą ją policji. Jutro rano zatelefonuję do Morgana. Zaproponuję mu, jak to uzgodniliśmy, stanowisko pierwszego wiceprezydenta i ustalę z nim sprawę złożenia broni i rozwiązania bojówek. Myślę, że wystarczy trzydniowy termin.
— A jeśli odmówi? — zapytał David.
— Nie widzę powodów. Wykazujemy maksimum dobrej woli.
— Sądzę, że dobrze będzie dać mu do zrozumienia, że jeśli nie rozwiąże bojówek, będziemy zmuszeni wydać z powrotem broń grupom Agro i Nieugiętych — zaproponował Dean. — A może nawet Murzynom…
— Murzynom? Wykluczone! — zaprotestował ostro Mellon. Dzwonek telefonu przerwał rozmowę. Kruk podniósł słuchawkę.
— Horsedealer? Prosić!.. Oczywiście!..
Po chwili w rozsuniętych drzwiach ukazała się pochylona postać filozofa. Prowadził go pod ramię Williams.
Poprzedniego dnia, gdy przywieziono Horsedealera do siedziby rządu, Kruk widział się z nim tylko przez krótką chwilę. Doktor Bradley po zbadaniu filozofa natychmiast zabrał go do kliniki.