Horsedealer jednak, nie mogąc znieść bezczynności, wytrzymał tam zaledwie półtora dnia. Nowa energia wstąpiła w jego wycieńczone chorobą i głodem ciało. Z godziny na godzinę wracały mu siły — pierzchły dolegliwości. Niemałe znaczenie miała seria zastrzyków i złożonych zabiegów lekarskich, jednak doktor Bradley zdawał sobie w pełni sprawę, że filozof nie tylko medycynie zawdzięcza szybki powrót do zdrowia.

Drugiego dnia odwiedził go w szpitalu Williams. Kruk przeprosił filozofa, że sam nie może przybyć, gdyż trwa właśnie niezmiernie ważna narada. Williams wyjaśnił, że mają być rozstrzygnięte sprawy zaproszenia Morgana do udziału w rządzie, organizacji policji i rozwiązania grup powstańczych oraz ostatecznie ustalony termin i skład delegacji, która ma odwiedzić tajemniczy statek międzygwiezdny przybyły z Ziemi.

Te wiadomości postawiły Horsedealera dosłownie na nogi. Nie zważając na protesty Bradleya i Williamsa postanowił natychmiast udać się do siedziby prezydenta.

Teraz, gdy stanął w progu gabinetu prezydenta Celestii i ujrzał wpatrzonych w siebie sześć par oczu, ogarnęło go uczucie niepokoju i zmieszania. Ale trwało to tylko krótką chwilę.

Bernard Kruk podszedł do Horsedealera z szeroko rozwartymi ramionami, objął go i ucałował serdecznie.

— Jakże się cieszę! — zawołał Green szczerze, ściskając dłonie filozofa.

Również David i Mellon przywitali się z Horsedealerem, jednak bardzo powściągliwie i zimno. Horsedealer nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż raczej krytycznie lustrują niezbyt dobrze dopasowane nowe ubranie filozofa, niż patrzą na niego.

Roche i Mallet przywitali^ się z Horsedealerem na końcu. John tylko położył mu dłoń na ramieniu i rzucił półgłosem krótkie, ale wymowne zdanie:

— Dobrze, że już jesteś…

Zasiedli w fotelach. Bernard pokrótce poinformował Horsedealera o dotychczasowych wynikach narady. Filozof słuchał w skupieniu, kiwając głową. Z wyrazu jego twarzy nie można było wyczytać, co myśli o postanowieniach rządu.