Oczy filozofa jakby zwilgotniały. Patrzył dłuższą chwilę na młodego prezydenta, wreszcie powiedział cicho:
— Gdybyż Rosenthal dożył tej chwili…
— Archiwum nie rozproszy jednak wszystkich wątpliwości — odezwał się Green. — A przede wszystkim wymaga dłuższych badań. Tymczasem wyjaśnienie do końca, kim są przybysze z Towarzysza Słońca, to sprawa nie cierpiąca zwłoki. Dlatego proponuję przyspieszyć termin naszej wyprawy.
— Czy ustalono już, kto weźmie w niej udział? — zapytał Horsedealer.
— W zasadzie… tak — odrzekł Kruk. — Panowie David, Green i Roche. Przewodniczyć delegacji będzie wiceprezydent David. Właśnie chcemy ustalić dzień wizyty.
— Proponuję, abyśmy wylecieli pojutrze rano — podjął Green. — Trzeba jak najszybciej położyć kres plotkom i domysłom. Są dowody, że pewnym ludziom zależy na rozpuszczaniu bardzo tendencyjnych wiadomości, które mają podważyć zaufanie do rządu.
Słowa Greena docierały z trudem do świadomości Horsedealera. Ogarnęło go okropne uczucie żalu, że Green, David i Roche polecą… a on zostanie… Zostanie i umrze zwyczajnie, jak jego ojciec i dziad, w nieświadomości spraw ogromnych i ciekawych, z myślą uwięzioną w kole kłamstw.
— W rakietce są, zdaje się. cztery miejsca? — zapytał, patrząc uparcie w oczy Bernarda.
— Tak. Cztery. Czyżby pan, mistrzu, chciał?…
— …polecieć do nich!.. — dokończył z błyskiem w oczach filozof.