— Ale czy zdrowie panu na to pozwoli? — odezwał się Mellon.

— To jest oczywiste, że przestępstwem byłoby narażać pana na takie trudy — dorzucił David.

Filozof drżał o swoje szczęście, które zdało się przeciekać mu przez palce.

— O moje zdrowie się nie martwcie! — zawołał niemal opryskliwie.

Roche uruchomił pompy wtłaczające powietrze ze stacji rakiet do wnętrza Celestii. Gdy ciśnienie spadło niemal do zera, samoczynnie otwarła się brama oddzielająca śluzę od przestrzeni kosmicznej. Rakieta wypełzła powoli, zaczepiając się o dwa stalowe uchwyty umieszczone w płycie startowej. Naciśnięciem guzika Dean uruchomił płytę, która zaczęła się obracać w kierunku przeciwnym ruchowi wirowemu Celestii. Z chwilą gdy prędkości zrównały się — zniknęło przyśpieszenie wywołane rotacją sztucznego księżyca. Niebo zamarło w bezruchu — ogromny, czarny klosz nabijany złotymi gwoździami gwiazd.

— Zapnijcie dobrze pasy — przypomniał Dean. — Startujemy!

Ciszę panującą w ciasnej kabinie wypełnił wibrujący w uszach szum. Rakieta drgnęła i wolnym ruchem zsunęła się ze stalowej płyty.

Hałas wzmógł się. Uczuli gwałtowny nawrót wagi ciała — przyśpieszenie wywołane pracą silnika.

Po minucie silnik zgasł. Znowu wróciło wrażenie nieważkości. Maleńki pojazd kosmiczny leciał jednostajnym ruchem.

Roche, w hełmie pilota, pochylony nad pulpitem aparatury nawigacyjnej, manipulował pokrętłami i przyciskami.