— Halo, tu Roche! Tak! Widzę was na ekranie radarowym. W porządku. Tak! Za dwadzieścia minut… Włączycie oświetlenie?
Horsedealer z przejęciem wsłuchiwał się w słowa Deana.
A więc on rozmawia z NIMI! Oni czekają na nas!.. ONI… ONI…
Dean umilkł i oparty nieruchomo o poręcz fotela zdawał się na coś wyczekiwać. Minuty wlokły się wolno. Nikt nie miał ochoty do rozmowy. Oto otwierał się przed nimi świat wielkiej przygody, tak wielkiej i niezwykłej, o jakiej nie marzył od pokoleń żaden mieszkaniec Celestii.
Nagle przez przezroczystą kopułę tuż przed siedzeniem pilota zajaśniało na czarnym niebie żółte światło. Roche poruszył się nerwowo w fotelu. — Halo! Tak! Jestem gotów! Włączam!
Silnik obrócił się o 180 stopni i z dyszy rakiety wystrzelił strumień rozżarzonych gazów. Odczuli lekki wstrząs i pojawiło się ciążenie.
Teraz sekundy płynęły szybko. Świecąca kula rosła w oczach, a czterej ludzie zamknięci w małym stateczku jak urzeczeni nie spuszczali z niej wzroku.
— Uwaga! Za kilka minut lądujemy! — oznajmił Roche i spojrzał w oczy filozofa, bo dobrze widział, że tylko oni dwaj myślą to samo…
Horsedealer patrzył prosto w światło, płynące łagodnym blaskiem z wypukłej powierzchni.
— Halo!.. Tak! Jestem gotów! — rzucił znów Dean.