Świecący dotąd jednostajnie glob przygasł. Rakieta zatoczyła łuk i zbliżała się wolno tam, gdzie okrągły, jasno oświetlony, podobny do okna otwór świecił zielonkawym guzikiem na tle szarej powierzchni wielkiej kuli.

Astrobolid był coraz bliżej.

Dayid patrzył ze zdumieniem. Naraz zimny dreszcz przebiegł mu po ciele.

— Patrzcie! Widzicie? A co to takiego? — wymamrotał.

— Śluza — rzucił krótko Dean.

— Ależ oni tam się poruszają. W wolnej przestrzeni bez skafandrów? — David był przerażony do najwyższego stopnia. — Przecież tam nie ma drzwi! A więc bez powietrza… Nie. Na to mnie nikt nie nabierze.

— Panie Roche, co to znaczy? — zaniepokoił się Green. Dean patrzył na Davida z uśmiechem.

— Nie ma powodu do obaw. Nic złego nam się nie stanie. Przed odlotem zapoznano mnie z tą techniczną nowością. Działanie śluzy zostało oparte na zupełnie innej zasadzie niż u nas. Nie ma metalowych drzwi. Pomieszczenie, w którym widzicie tych ludzi, jest oddzielone od kosmicznej pustki dwiema niewidzialnymi ścianami. Są to podobno jakieś pola o ogromnej sile, w których zakrzywiają się tory cząstek gazu. Po prostu odbijają się od pola jak od ściany. Jakiego rodzaju jest to pole, tego nie wiem. Fakt, że nie przepuszcza powietrza. Gdy będziemy lądować — najpierw usuną pierwsze pole, pozwalając nam wlecieć do stacji, potem uruchomią je znów, już z tyłu za nami, a zwolnią drugie, wyrównując w ten sposób ciśnienie.

Dayid prawie nie słuchał trzymając się kurczowo poręczy fotela. Stwierdził z przerażeniem, że są już wewnątrz długiej rury biegnącej w osi Astrobolidu.

Odczuli lekki zawrót głowy, potem pchnięcie. To potężne „łapy” pochwyciły rakietę nadając jej ruch obrotowy zgodnie z ruchem wirowym statku. Ciała ich znów stały się ważkie.