— Nie, nie pamiętam. „Waszyngton”? Czekaj, chłopcze, to przypomina bardzo nazwisko albo coś do prania: washing.

— Raczej nazwisko, jak Dalton, Sherington.

— Tak, tak. Oj, ten Sherington to była świnia. To on właśnie twego ojca tak ciągle prześladował. Bo też ojciec nie pozwolił sobie po głowie jeździć: twardy był człowiek. Myśmy ciągle myśleli, że to samo się jakoś tak składa, że mu stale odtrącają, i dopiero Johnny wywąchał, że to wszystko przez tego Sheringtona. Johnny to dobry chłop. Pamiętam, jak…

— Jak myślisz, mamo — przerwał jej delikatnie Bernard — a gdyby zapytać Johna o to słowo?

— A zapytaj, zapytaj. Johnny się stale wśród ludzi kręci, to może coś o tym słyszał. Ale czemu to słowo tak ci utkwiło w głowie?

— Nie wiem, tak jakoś mnie męczy.

— No to idź wreszcie spać, bo już po drugiej, i nie myśl o tym.

John Mallet kończył śniadanie, gdy w mieszkaniu jego zjawił się Kruk.

— Cóżeś się tak rano wybrał na wizyty po starych znajomych? Może na wesele przyszedłeś mnie zaprosić, hę? Choć bardzo wątpię, bo to za wysokie progi na moje nogi — zawołał technik na powitanie, lecz w głosie jego, obok zwykłej serdeczności, wyczuł Bernard gorycz. — No, kiedy ten ślub?

Kruk zmieszał się.