— Jeszcze nie wiem — odpowiedział cicho i zamilkł. Nie potrafił wybrnąć z niefortunnego dlań kierunku rozmowy.

Dłuższą chwilę panowało milczenie, wreszcie przerwał je gospodarz.

— Źle robisz, Ber, źle! To nie dla ciebie rodzinka. Oni cię wdepczą w swój grunt, obciosają, jak im będzie wygodnie, przystrzygą niczym młode drzewko, aby im rodziło dobre owoce — usiłował ubrać swe słowa w obrazową formę. — Będziesz nie tylko robił, co oni ci każą, będziesz myślał tak jak oni. Oni i twoją duszę kupią. Już ty nie będziesz nasz, tylko ich. Nie myśl, że chodzi mi o to, że o mnie zapomnisz, bo to nie takie znów ważne. Ta boję się, że zostaniesz takim ich sługą i dozorcą „szarych” jak Sherington!

— Jak możesz tak mówić? Przecież Stella…

— Stella, Stella! Jesteś jeszcze młody i widocznie przebywając wśród tych drani zapomniałeś, jakie naprawdę jest życie. Ja ci mówię, źle robisz, że chcesz zostać zięciem prezydenta. Bardzo źle robisz!

Mallet spojrzał na zegar.

— No, ale na mnie już czas — powiedział wstając. — Jeszcze się spóźnię do roboty. Mów, po coś przyszedł do mnie, bo przecież z pewnością nie po to, by wysłuchiwać moich gderań. Chociaż, mówię ci, zastanów się. No, jak tam, przejrzałeś notatnik Willa?

— Niestety, jestem tak zawalony robotą, że naprawdę, wierz mi, nie znalazłem dotąd chwili czasu, aby się tym zająć. Jednak jak tylko zakończę przebudowę miotaczy, zaraz wezmę się do opracowania projektów.

— Ale, proszę cię, nie zwlekaj. Przecież tu chodzi o powietrze. Powietrze! — zaakcentował. -A co do twojej pilnej roboty, to nie ufaj Summersonowi. Czy wiesz, po co ta cała przebudowa?

— Nie wiem i to właśnie jest najgorsze. Summerson nie puszcza pary z ust. W każdym razie to gra o jakąś wysoką stawkę. Tylko że na razie nie widać partnerów.