Zgrabna, o wełnistych włosach i oczach czarnych jak sadza, ukazała w uśmiechu dwa rzędy białych zębów.

„Po co oni napuścili na nas tę Murzynkę? — pomyślał David. — Taki afront! Pewnie każą nam się z nią przywitać…”

— Nasza przewodnicząca Rady, Kora Heto — przedstawił przybyłą Igor. Green łypnął zdziwionymi oczami, ale nie dal nic poznać po sobie.

Spojrzał na Horscdealera i Roche'a uśmiechających się serdecznie do przybyłej, potem na Davida, który stał jak skamieniały patrząc osłupiałym wzrokiem na Korę.

Inny świat

Na ekranie przesuwają się obrazy świata jakże innego i piękniejszego od tego wszystkiego, co w kształt i barwę obleka wyobraźnia Williama Horsedealera. Stary filozof zdaje się śnić jakiś wspaniały, niezwykły sen.

Tętniące życiem miasta-ogrody, skąpane w słońcu i zieleni niebotyczne pałace z zawieszoną nad nimi, przetkaną obłokami czaszą błękitu, bezkres falującego oceanu i potężne masywy skalne, których ogrom przejmuje lękiem — wszystko to wywołuje w nim niezmierne, niewysłowione wzruszenie. Nie dziwi go już nic — ani plastyczność i wielobarwność wizji, ani bogactwo dźwięków i zapachów, które towarzyszą obrazom ukazującym się na ekranie. Odczuwa tylko bezbrzeżną radość, jak w chwili spotkania z kimś drogim, a długo oczekiwanym…

Prawda o Ziemi, tej Ziemi, której obraz — zniekształcany i zohydzany przez klikę rządzącą Celestia — miał być postrachem i ostrzeżeniem dla pokoleń gwiezdnych wędrowców, stanęła przed nim w pełnym blasku.

Horsedealer wierzył tym ludziom, wierzył im całym sercem. Wierzył im niezachwianie. On jeden spośród całej czwórki przybyłych, on, który przez całe życie wszędzie, na każdym kroku odkrywał fałsz i zakłamanie, on, który z nieufności stworzył dla siebie nieprzenikniony pancerz, teraz nie chciał i nie potrafił zdobyć się na krytyczne spojrzenie.

Może przyczyną tego była zadziwiająca zgodność marzeń filozofa z obrazem poznawanego świata? Obrazem — choć niepomiernie bogatszym od najśmielszych przewidywań, jednak odpowiadającym w zasadniczym zarysie temu, czego pragnął i o co walczył? Może kilka tygodni choroby i wytężony wysiłek ostatnich dni stępiły ostrość spojrzenia badacza, a ogrom wrażeń upoił jak narkotyk zmęczony umysł starca? Tak czy inaczej, nie czuł się już tym dawnym sceptykiem i pesymistą.