— Wszystko z wyjątkiem owoców.
— Czy owoców nie możecie państwo fabrykować sztucznie? — zaciekawił się David.
— Nie byłoby to celowe, wszędzie mamy dość drzew i krzewów. Utrzymują one zasadniczy proces krążenia tlenu i węgla w przyrodzie. Dziś na Ziemi, w okresie syntetycznej produkcji żywności, gdy niepotrzebne już są wielkie pola uprawne, miejsce ich zajęły lasy, gaje i ogrody, pełne owoców i kwiatów.
Dean patrzył z zaciekawieniem w twarz Kory.
— Co to są lasy? — zapytał.
— Jak wam to wytłumaczyć? — zastanawiała się. — To są większe skupiska drzew. Pamiętacie? Widzieliście je na pokazie filmowym. Ale dlaczego nie jesz? — zwróciła się do
Horsedealera siedzącego nieruchomo nad napoczętą porcją „pieczeni”. — Czy ci nie smakuje? Filozof podniósł na Korę wzrok utkwiony dotąd w przezroczystym blacie stołu.
— Dlaczego… oni… uciekli? — wyrzekł wolno, jakby zadając pytanie samemu sobie.
Dayid zakrztusił się przełykanym kęsem. Czerwony, mieniący się na twarzy nie mógł przez chwilę przyjść do siebie, wreszcie zachrypniętym głosem warknął:
— Że też nie masz pan innego tematu… Horsedealer spojrzał na niego zimno.