— Ten człowiek, zdaje się, umiera…

Wielki, plastyczny obraz Astrobolidu zajmował prawie cały sufit centrali. Za każdym ruchem palców Władka na klawiaturze — obraz ten zmieniał się, ukazując coraz to inne części wewnętrznej budowy statku, jakby w szklanym, przezroczystym modelu zapalały się niewidoczne lampki oświetlając kolejno poszczególne pomieszczenia. Złudzenie, że jest to model, pryskało jednak szybko — w niektórych pomieszczeniach spostrzec można było maleńkie, poruszające się sylwetki ludzi.

Ten „żywy” plan Astrobolidu umożliwiał wzrokową kontrolę wszystkich pomieszczeń w chwilach manewrowania statku, gdy zmiana kierunku przyśpieszeń mogła powodować nieprzyjemne zakłócenia w życiu jego mieszkańców. Choć statkiem kierował sztuczny mózg według z góry ustalonej instrukcji i czuwał nad pracą wszystkich urządzeń, jednak nie potrafił panować nad tak niesfornymi istotami jak ludzie, a zwłaszcza ich dzieci.

Z zadartą do góry głową, pełen podziwu i zazdrości śledził Green działanie „modelu”. Jakże potężni są władcy tego niezwykłego świata, którego wysłanników spotkała Celestia na bezdrożach Kosmosu! Czyżby i tamto, co pokazywali na plastycznym ekranie telewizora, nie było tylko bajką? Może naprawdę istnieje tamten bogaty, dziwny świat, w którego istnienie wierzył ponoć jego pradziadek Tobiasz?

Zdobycze techniczne XXV wieku budziły w Davidzie nieco inne refleksje. Zdawał on sobie dobrze sprawę z tego, jak ogromne możliwości otwierają się przed tymi, którzy władają tak potężnymi środkami. Choćby ten świecący na suficie obraz wnętrza Astrobolidu… Przecież za jego pomocą można w takim zamkniętym jak Celestia świecie kontrolować życie wszystkich jej mieszkańców. Można widzieć, co się dzieje we wszystkich pomieszczeniach… Móc w porę wykryć każdą próbę buntu…

Dla Roche'a ostatnie godziny były nieprzerwanym pasmem oszałamiających wrażeń. To co dotąd zobaczył i usłyszał, przyprawiało niemal o zawrót głowy. On jeden spośród całej czwórki Celestian posiadł dostatecznie szeroką wiedzę matematyczną i przyrodniczą, aby w pełni ocenić, jak ogromnego skoku dokonała ludzkość w nauce i technice w ciągu czterech wieków. Niemal wszystko, czego już się dowiedział, wprowadzało rewolucyjne zmiany w jego poglądach naukowych.

Słuchał teraz z najwyższym zainteresowaniem wyjaśnień Kaliny dotyczących napędu przybyłego z Ziemi statku międzygwiezdnego.

— W dawnych silnikach Celestii czy silniku waszego pojazdu rakietowego przyśpieszanie wyrzucanej materii przebiega wewnątrz rakiety w komorze spalania pod działaniem wysokich temperatur. Silnik Astrobolidu opiera się na zupełnie odmiennej zasadzie. Nie ma tu żadnej komory spalania ani dysz. Cały proces przyspieszania jonów sztucznego pierwiastka aroternu odbywa się na zewnątrz statku, na jego powierzchni, a ściślej — tuż nad powierzchnią. Może to wydaje się wam niezrozumiałe, ale przecież zasada działania silnika odrzutowego nie uległa w niczym zmianie. Powiem więcej: zasada ta znajduje tu zastosowanie jakby w czystej postaci. Dawne termiczne metody przyspieszania materii drogą wykorzystania energii chemicznej wydają się dziś absurdem.

— Skąd więc wasz silnik czerpie energię i jak ją przetwarza? — zapytał Dean.

— Otóż to. W tym widać najlepiej osiągnięty postęp — podchwycił młody uczony z wyraźnym odcieniem dumy. — Po pierwsze: wyzwalamy energię odpowiadającą masie spoczynkowej niemal w 60 procentach, gdy w połowie XX wieku najwyższy stopień wyzwalania energii jądrowej, występujący przy syntezie helu w bombie wodorowej, nie przekraczał 0,75 procenta masy. Po drugie: potrafimy zamienić tę energię bezpośrednio w energię elektryczną. Po trzecie: wielkiemu uproszczeniu uległa zasada nadawania ogromnych przyśpieszeń cząstkom w polu magnetycznym. Dawne cyklotrony, synchrotrony i betatrony wydają się dziś dziecinną zabawką. Astrobolid wytwarza pole elektromagnetyczne o ogromnej sile, w którym przyśpieszone zostają jony aroternu, a następnie odrzucane w jednym kierunku z prędkością blisko 6200 km/sek.