Znów zadzwonił telefon. Stojący przy biurku Horsedealer pochwycił słuchawkę.
— Tak… To dobrze… Zaraz? Już się łączę. Co? Co mówisz?… Idę tam natychmiast… Tak. Ja sam.
— Na skwerze Greena wybuchła panika — powiedział odkładając słuchawkę. — Są to przeważnie mieszkańcy górnych poziomów z rodzinami, dziećmi… Nie ma chwili do stracenia. Sam tam pójdę. Trzeba ludzi uspokoić. Mallet jest w dyrekcji policji. Kieruje akcją. Green nie kłamał. Mamy broń i maski. — Horsedealer odetchnął z ulgą — A teraz sprawa najważniejsza: natychmiast połącz się z Astrobolidem — zwrócił się do Kruka. — Oni muszą nam przyjść z pomocą…
— Nie puszczę cię samego — zawołał Smith kładąc rękę na ramieniu filozofa. — Idę z tobą. Wyszli pośpiesznie.
Bernard i Dean skierowali się ku ukrytemu przejściu prowadzącemu do archiwum. Ściana rozsunęła się cicho. Ale oto znów zadzwonił telefon.
— Powiedz Schneebergowi, aby połączył się z Astrobolidem — zwrócił się Bernard do przyjaciela. — Ja zaraz przyjdę.
Dzwonił doktor Bradley. Lekarstwa i środki opatrunkowe były na wyczerpaniu. Chorych i rannych przybywało nieustannie.
Skończywszy pośpiesznie rozmowę już miał pójść za Deanem do archiwum, gdy w drzwiach gabinetu stanęła Stella.
Po raz ostatni Bernard widział Stellę owej pamiętnej nocy, gdy wraz z Roche'em przeniósł do jej sypialni wpółprzytomną Daisy. Po zajęciu dyrekcji policji przez powstańców dowiedział się, że dziewczyna powróciła do domu. Zamknęła się jednak w swoim pokoju i dopiero wieczorem poszła odwiedzić Daisy przebywającą w szpitalu Bradleya.
Po powrocie Stella znów nie opuszczała ani na chwilę swego pokoju. Bernard był niemal pewien, że unika spotkania po tym, co stało się tam, w dyrekcji policji. Było mu jej żal. Nie potrafił winić jej o to, że nie zdobyła się na taki hart i siłę jak Daisy. Chciał nawet sam pójść do niej, ale w powodzi wielkich wydarzeń, przeobrażających z godziny na godzinę życie małego świata, jego osobiste sprawy zagubiły się i zeszły na drugi plan.