Znów głos umilkł. Przez kilkadziesiąt sekund panowała dźwięcząca w uszach cisza i oto nową falą popłynęły z głośnika ogłuszające słowa:

— Halo! Halo! Przed dwudziestoma minutami z wyroku nadzwyczajnego trybunału ponieśli śmierć zdrajcy: Bernard Kruk, John Mallet i William Horsedealer. Francis Morgan objął władzę. Zdradziecka banda Horsedealera została rozbita i zlikwidowana. Nie udało im się sprzedać Celestii potworom z Towarzysza Słońca. Halo! Halo! Kruk, Mallet i Horsedealer zostali straceni, a trupy ich wystawiono na widok publiczny.

— Zwariowali?

Twarz Cornicka wyrażała takie osłupienie, że John Mallet mimo woli uśmiechnął się.

— Nie! — Mallet usiłował przekrzyczeć ogłuszające dźwięki megafonu. — Oni nie zwariowali. Chodźmy.

Stłoczona u wejścia do dyrekcji policji grupa powstańców rozstąpiła się. Mallet z Cornickiem weszli do długiego hallu, pełnego uwijających się nerwowo ludzi. Zgiełk podniesionych głosów, nawoływań i rozkazów mieszał się tu z dochodzącym ze skweru rykiem megafonu.

Do Malleta podbiegł młody chemik o pożółkłej twarzy.

— Johnny! Jak długo jeszcze będziemy czekać? — denerwował się. — Moi ludzie są gotowi. Na co właściwie czekamy?

John spojrzał na niego surowo.

— Uspokój się! Zaraz otrzymacie zadanie. Co nowego, Jane? — zwrócił się do szczupłej, czarnookiej dziewczyny przeciskającej się ku niemu przez ciżbę.