— Stephen Brown przysłał człowieka po pomoc. Smith musiał się cofnąć ze skweru Greena i nie wie, jak długo utrzyma łączność ze stacją rakiet — wyrzuciła zdyszana. — Ludzie zaczynają tracić rozum po tych wszystkich wiadomościach. Czarni też się podobno cofają. Co będzie?
— Najważniejsze, to zachować spokój — zgromił ją ostro i ruszył ku wąskiemu, zatłoczonemu korytarzowi. Tuż za nim postępował Cornick.
Po chwili znaleźli się w dyrekcji policji.
— Tak, bracie — rzekł John zasuwając drzwi swego gabinetu. — Oni nie zwariowali rozgłaszając te kłamstwa. I, niestety, boję się, że będzie z tym wiele kłopotu.
Szybko podszedł do telefonu i próbował połączyć się z centralą.
— W dalszym ciągu połączenie zerwane — powiedział po chwili z rezygnacją. Drzwi rozsunęły się z trzaskiem i do pokoju wpadł zadyszany Tom. Za nim wyrosło jak spod ziemi kilku innych chłopców.
— Żyjesz? Tatusiu, żyjesz?! — rzucił się Tom ku ojcu. — To pewno i Ber żyje. Ja już myślałem, że i ciebie!.. — urwał i zasępił się. — Jacka zabili… Zabili tam… — słowa uwięzły mu w krtani.
John przycisnął syna do piersi.
— Myśmy szli tu do ciebie… — łkał chłopiec. — Profesor Horsedealer mówił, że trzeba koniecznie… że to bardzo ważne. Oni stali w przejściu na 17 poziomie. Zobaczyli nas i zaczęli strzelać. Jack szedł pierwszy…
John chwycił gwałtownie chłopca za ramiona i patrząc mu w oczy zapytał: