— Johnny! Morgan znów użył gazów. Panika! Wszyscy uciekają! Opowiadają niestworzone rzeczy: że Kruk zabity, że Horsedealer i ty… że Astrobolid zniszczony. Nie wiem sam już, co…
— Tom! — zwrócił się Mallet do syna. — Poczekajcie na korytarzu. Nigdzie się stamtąd nie ruszajcie. A teraz mów, co wiesz — powiedział do starego elektrotechnika, gdy drzwi zamknęły się za chłopcami.
— Źle jest. Robi się coraz większy bałagan. Grupa Smitha i Graya rozleciała się. Wszystko ucieka. Ludzie Morgana opanowali dwunasty sektor pionowy aż do skweru Greena. Mają w rękach rozgłośnię. Obsadzili kilka wind i ważniejsze przejścia. Strzelają do każdego, kto im się pod elektryty nawinie. Podobno rozpoczęli znów akcję gazową… Co będzie, Johnny? Powiedz! Co będzie?
— Nie denerwuj się. Lett! — zwrócił się do Cornicka. — Weźmiesz trzy grupy po piętnastu ludzi i uderzysz na rozgłośnię. Ich nie może być wielu. Cała ich siła to te megafony, no i oczywiście gazy. Och, te przeklęte megafony! Takie kłamstwa, niestety, działają na wielu, tym bardziej że przerwali wszelką łączność telefoniczną. Chcą załamać ludzi.
— To im się już udało — dorzucił siwy robotnik.
— Nie kracz — przerwał mu ze złością Mallet. — A więc, Lrtt, musisz zająć się rozgłośnią, choćby to nas drogo kosztowało. Brownowi trzeba również pomóc. Poślij oddział Bucka. Stacja rakiet to łączność z Astrobolidem.
— Broni mało… John zasępił się.
— Mam jeszcze dwadzieścia osiem pistoletów. To te od Greena. Z tego zabierzesz dwadzieścia. Poza tym weźmiesz te ostatnie dwa Green-Bolty, no i oczywiście wszystkie maski, jakie znajdziesz.
— A jeśli zaatakują dyrekcję? — zapytał Cornick.
— Tym będę się martwił sam. Aha, jeszcze jedno. Już raz mówiłem: trzeba wysłać Jane na 18 poziom. Muszę koniecznie nawiązać kontakt z Krukiem i Horsedealerem.