Znów drzwi rozsunęły się raptownie. W progu stanęła kierująca łącznością czarnooka Jane. Z trudem chwytała powietrze, jak po męczącym biegu. — Co się stało? — zapytał Mallet.
— Kruk nie żyje.
— I ty też powtarzasz te bzdury? — wybuchnął Mallet i nagle urwał. Zza dziewczyny wysunął się Roche.
John spojrzał na jego rozłożone bezradnie ręce, na duże plamy krwi odcinające się jaskraun na rękawach żółtej bluzy i zadrżał.
— To niestety prawda — skinął głową Dean. — Bernard nie żyje. Został zamordowany przez Handersona. Nim zdążyliśmy przyprowadzić doktora Bradleya, Ber nie żył.
Mallet zacisnął powieki. Parę chwil stał jak skamieniały na środku pokoju. Naraz przetarł gwałtownym ruchem czoło, jakby budził się z odrętwienia.
— Horsedealer? — zapytał krótko.
— Jest właśnie tam… — odparł Dean cicho.
— Czy przybył ktoś z Astrobolidu?
— Piętnaście minut temu jeszcze nikogo nie było. Teraz nie wiem. Mallet spojrzał na zegarek.