— Cofa się! Jak mi Bóg miły, cofa się! — zawołał radośnie Cornick i postąpił parę kroków ku drzwiom.
— Pod ścianę! — wrzasnął Mallet. Przyskoczył do Letta i szarpnął go z całych sił ku sobie. Błyskawica przecięła powietrze. Jakiś człowiek w kombinezonie ochronnym wychylił się zza węgła i rzucił tuż za progiem szklaną ampułkę.
Trzask — i na podłodze wykwitł nieduży obłok niebieskiego dymu, wolno wypychany z pomieszczenia tłoczonym przez kompresor powietrzem.
— Naprzód! To tylko gazy trujące! — zawołał John. Nasunął maskę i pierwszy rzucił się ku drzwiom. Strzelił kilkakrotnie i wskoczył do niewielkiej salki. Za nim wbiegł Cornick, Buck i jeszcze kilku robotników.
— Przy ścianach! — komenderował Mallet odsłaniając na chwilę twarz.
Zza zakrętu prowadzącego do schodów wyleciało znów kilka ampułek. Posypały się błyskawice. Wśród trzasku elektrytów rozległy się również pojedyncze strzały z rzadkiej w Celestii broni palnej.
Mallet, który dobiegł już do zakrętu, jakby potknął się i skurczył. Jednocześnie wokół niego wystrzeliły w górę języki ognia.
— Gaz palny — wyszeptał ze zgrozą Lett. Nie zważając na strzały podbiegł do Johna wyciągając z płomieni słaniającego się dowódcę. Na szczęście mokre ubranie nie zdążyło się zająć.
Przywarli do ściany. Buck strzelał raz po raz trzymając w szachu morganowców.
— Trafili cię? — spytał Lett unosząc maskę. Mallet skinął twierdząco głową.